Postanowiłam podzielić się z Tobą tym, czym zajmuję się na co dzień, czyli prowadzeniem firmy. To o czym będę pisać w serii tych postów blogowych, to moje przemyślenia dotyczące działalności gospodarczej i wrażenia “od kuchni”.

Jeśli czytałaś stronę o mnie, to wiesz, że wcześniej, zanim powstała Pidida, zajmowałam się czymś innym. A Pidida powstała z hobby.
Moja firma, jako jedyne zajęcie  działa od czerwca. I właściwie od czerwca mogę się pochwalić, że jestem panią prezes (hi hi!!), szefową, czy jak tam jeszcze mnie nie nazwać, własnego biznesu.
Muszę być wielofunkcyjna, bo jak to bywa w startupach, zarazem zarządzam, dbam o PR, zamówienia, zakup materiałów, ogarniam internet no i rzecz jasna jestem też osobą z produkcji. Ciężko to wszystko razem pogodzić, ale na początku tak jest. Nie jest łatwo i praca wymaga poświęcenia praktycznie każdej wolnej chwili. Trzeba się wiele samemu nauczyć, metodą prób i błędów, ale też czytając fachową literaturę lub robiąc kursy (na to warto, mimo wszystko, trochę czasu wygospodarować).

Dziś przedstawię Ci początki zakładania firmy. Jak wyglądał sam proces, czy szukałam dodatkowych funduszy na start i co się działo w  pierwszych miesiącach.

1. ŻEGNAMY ETACIK I CO DALEJ?

Gdy wiedziałam, że pożegnam się ze swoim dotychczasowym pracodawcą, miałam już w głowie plan na firmę. Nie zaczynałam totalnie od zera, ponieważ zdążyłam się rozgościć w mediach społecznościowych i pokazać kim jestem. Nazwa powstała na samym początku, gdy szyłam pierwsze zabawki dla dzieci, a logo troszkę później. Pokazywałam na swojej FP to, co tworzyłam dla znajomych. Już wtedy budowałam wizerunek marki, charakterystyczne buźki zwierzaków i mój znak rozpoznawczy, miętowy królik. W okresie wypowiedzenia dopytywałam o możliwości dofinansowania na rozpoczęcie działalności. Sprawdzałam jak dobrze zacząć, by mieć zaplecze, tj. fundusze na sprzęt (choć część maszyn już miałam) i surowiec.

2. DOFINANSOWANIE Z URZĘDU PRACY

Warunek konieczny- trzeba być osobą bezrobotną. Bez tego nie ma szans na dofinansowanie na rozpoczęcie działalności. W każdym mieście Urząd Pracy określa rodzaj potrzebnej dokumentacji i obostrzenia, a także kwotę dofinansowania. U mnie, jak się okazało największym problemem mogła być różnica między wykształceniem a rodzajem planowanej działalności. Jednakże mój doradca klienta, do którego wybrałam się z kilkoma produktami i próbkami własnych tkanin, zaproponował, bym stworzyła portfolio. Miałam wiele wykonanych produktów i ogrom zdjęć. Wydrukowałam więc je i opisałam, by pokazać, ze mój biznes jest wart uwagi i posiadam odpowiednie umiejętności. Udało mi się dostać dotację, jednakże cały proces od rejestracji jako bezrobotna, poprzez weryfikację dokumentów oraz czas pomiędzy akceptacją podania i podpisaniem umowy trwał od początku lutego do końca maja. Firma ruszyła 2 czerwca, a czas na bezrobociu trwał więc prawie 4 miesiące. Ale było warto, bo dzięki temu wreszcie mam na czym pracować (a nie dzielić się z mężem) oraz w końcu wyprodukowałam pełną gamę tkanin z moimi grafikami. Będę mogła wreszcie zrobić katalog!

3. JEST FIRMA, CO NAJPIERW? ZAMÓWIENIA CZY ORGANIZACJA?

O pierwsze zamówienia nie musiałam się martwić, bo zapytania o swoje produkty otrzymywałam już od dłuższego czasu. Część z nich to oczywiście byli moi znajomi. Bez nich ta firma nie miałaby racji bytu. Marketing szeptany jest dla mnie najlepszym z możliwych jak do tej pory. Jednakże w pierwszych miesiącach należało ogarnąć całą resztę  spraw organizacyjnych, czyli:

dopracować stronę internetową (wizualnie stworzyłam ją wcześniej, by ułatwić sobie pracę później, ale musiałam zawrzeć umowę z firmami zajmującymi się płatnościami na stronie, przesyłką, dopracować zdjęcia i opisy, wrzucić produkty- w tym na szczęście pomagała mi koleżanka.),
zamówić sprzęt i materiały, zgodnie z tym, co wpisałam w podaniu o dofinansowanie (a tu jak na złość w niektórych sklepach pewne produkty “wyszły” i musiałam szukać gdzie indziej, za inną cenę), zamówić pieczątki omówić z księgową najważniejsze kwestie dotyczące fakturowania, numerów PKD, zdecydować co z VATem itd.
W związku z natłokiem spraw biurowo-organizacyjnych, musiałam ograniczyć zamówienia, lub też rozciągać je w czasie. Przełożyło się to niestety na  czerwcowe zarobki, ale sprawy formalne zostały ogarnięte.

4. PIERWSZE MIESIĄCE TYLKO NA SWOIM

Stety i niestety. Pierwsze miesiące prowadzenia działalności przypadły w gorącym okresie. Gorącym, bo wakacyjnym. A w tym czasie wiadomo, dzieci są w domu (ja mam 8 latkę i 3 latkę). Nie do końca rodzina jeszcze rozumiała, że praca w domu (bo moja firma ma siedzibę w moim domu), to też jest praca. W wyznaczonych godzinach powinnam się nią zająć, jakbym normalnie wychodziła gdzieś do biura. W praktyce tak to pięknie nie wyglądało. Mąż wychodził do pracy, a ja zostawałam w domu. Dzieci w dzień chcą się bawić i iść pobrykać na dworze (co doskonale rozumiem, w końcu lato). Obiad ugotować trzeba, dom się sam nie posprząta. A jeszcze do tego dość często zostawałam sama z nimi na kilka dni, gdy mój mąż wyjeżdżał w delegacje. Starałam się ograniczać w ciągu dnia doglądania spraw firmowych (potem słuchałam- “mama ty tylko w ten telefon się gapisz”). Co mogłam załatwiałam szybko w aplikacjach. Potem odpuściłam, bo dzieci też potrzebują, by się nimi zająć. Gapienie się w ekran, gdy dziecko się chce bawić ogranicza. I tak naprawdę wcale mu wtedy czasu nie poświęcamy. Firma musiała poczekać aż dzieciaki pójdą spać albo tata wróci do domu. Generalnie często zaczynałam pracę o 21 a kończyłam o 1 w nocy. Zdarzało mi się nawet o 3, gdy gonił mnie jakiś termin. Na szczęście w momentach krytycznych mogłam liczyć na moją mamę. Mój mąż niestety też prowadzi firmę i sam goni czas. Chociaż czasami (czasami!) także stawał na wysokości zadania. Kilka razy udało mi się zostawać na weekendy samej w domu, wtedy cała trójka jechała do drugiej babci na weekend, a ja nadganiałam zaległości. Babcie, jak widać są niezastąpione!

Pierwsze miesiące, były więc walką z rozdzielaniem pracy od codziennych spraw, organizacją zadań (która leżała i kwiczała) i próbą określenia priorytetów. Na to wszystko głowa huczała od pomysłów,  przez co pojawił się u mnie efekt odkładania w czasie, czyli jak to mawia Aleksandra Budzyńska – prokrastynacja. Zaczęłam więc spisywać pomysły na kartkę. A właściwie do zeszytu. Trzech…
Pojawiły się nowe produkty, między innymi śpiworki dla przedszkolaków, pomysł, by rozszerzyć gamę artykułów o produkty dla starszych dzieci. Postanowiłam zmienić hostingi sklepu (poprzednie były zbyt drogie, by przedłużyć umowę). Efekt tego stanu rzeczy jest taki, że strona sklepu została zawieszona, bo muszę ją budować na nowo, od początku.

I WTEDY STANĘŁAM NA ROZDROŻU

Pewne sprawy losowo chorobowe zmusiły mnie do kilku kroków
musiałam przenieść firmę do nowej siedziby, bo zmieniłam miejsce zamieszkania ( nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, mam teraz piękną dużą pracownię),
musiałam przeorganizować swój czas i nauczyć się, jak planować, by mieć go dla rodziny, na pracę i wygrzebać jeszcze coś dla siebie ( na razie idzie mi średnio, ale uczę się i staram się). Uratowały mnie kursy. Zainwestowałam we własny rozwój i zrobiłam kursy dotyczące prowadzenia bloga i facebooka Urszuli Phelep. Planowania uczę się od Pani Swojego Czasu. Wracam do tych kursów cały czas i staram się przełożyć je na efektywność, ale jeszcze wiele nauki przede mną.
zainspirowana podpowiedziami dziewczyn z grup z kursów, zaczęłam się zastanawiać czy blog zostawić tutaj, czy przenieść go na WordPressa.
Wakacje się skończyły, a ja ucieszona, że wreszcie zaczyna się nowy rok szkolny. Starsza córka wróci do szkoły, a młodsza wreszcie idzie do przedszkola!!!
Czy było tak różowo, bo wreszcie miałam kilka dodatkowych godzin (w dzień, a nie w nocy), by zająć się pracą? Dowiesz się tego w kolejnej części Pamiętnika StartUpu.

Jeśli jesteś tak jak ja, na początku działalności, podziel się jak to było u Ciebie i zostaw komentarz.